wtorek, 8 stycznia 2013

Washington D.C.

Czas na kolejny wpis z serii podróżniczych ;)  
Dziś będzie o pierwszym miejscu z trzydniowej wycieczki, która zaczęła się wyjazdem z Chinatown...
Washington D.C. i parę ciekawych miejsc! 
Zapraszam Was na tę podróż ;)

No to w drogę !
Wyjazd miał miejsce w godzinach porannych, bodajże przed 9:00. W Sun Bright Hotel, zapewniony był tylko nocleg, tak więc na śniadanie było to, co wcześniej sobie zakupiłem. Ważne w ogóle, że było, gdyż miejsce docelowe to 
National Air and Space Museum - Międzynarodowe muzeum lotnictwa i przestrzeni kosmicznej.
Droga była dość długa, ok. 230 mil...

pierwsza trasa

No i jesteśmy na miejscu ! Głodny i niewyspany, gdyż siedzenia wygodą nie grzeszyły, udałem się na zwiedzanie, a było czego !
To tutaj..
źródło : wikipedia

Na wejściu tradycyjnie towarzyszyły bramki bezpieczeństwa, takie typowo lotniskowe. Na szczęście można było robić zdjęcia, którymi właśnie teraz się z Wami podzielę :)

National Air And Space Museum - 1

Muzeum to otwarte zostało w lipcu 1976r i znajduje się w centrum Washington'u, przy National Mall.
Posiada ono najwięcej eksponatów statków powietrznych jak i kosmicznych, co czyni je najczęściej odwiedzanym muzeum na świecie - 9mln gości rocznie!

Miejsce od wewnątrz było ogromne! Jak widzicie na zdjęciach, samoloty stały i wisiały, a co !

Estern Air Lines

Widok na wejście do muzeum 

Civil Aeronautics Board
niestety, nie można było przymierzać...
a tutaj silniczek.
Może to mało odpowiednie słowo... raczej wielka jednostka napędowa!
Szczerze Wam powiem, że stojąc przy nim, uświadamiałem sobie z każdym spojrzeniem, jakie to ogromne, jakie skomplikowane i jakie niesamowite!

American

Kolejna jednostka napędowa... od Rolls Royce'a

Muzeum było obszerne, a czas był ograniczony, stąd taka krótka notka, gdyż nie udało mi się wszystkiego zobaczyć, poznać, o parę rzeczy zapytać... Byłem tam zdany sam na siebie. W sumie, jak przez cały czas podróżowania w USA ;P

A na koniec coś nad wyraz wspaniałego!
Byłem tym niesamowicie zdziwiony i stwierdziłem, że choćby nie wiem co, muszę to zrobić, po prostu muszę!
Mianowicie stałem, widziałem i... DOTYKAŁEM kawałka księżyca!

A piece of the moon 

Zdjęcia mało wyraźne, gdyż w ich robieniu krępowały mnie otaczające kamery...
Najbardziej stresujące a zarazem niezrozumiałe było to, co uczyniłem, do czego się posunąłem...
Pomyślałem sobie "Jestem taki szmat drogi od domu, od księżyca jeszcze dalej... i miałbym go nie dotknąć?! o nie! cokolwiek miałoby mieć miejsce, zrobię to!"

Drżąca dłoń... krople potu na czole... to uczucie setki oczu obserwatorów skupionych na Tobie...
Stało się...!
Dotknąłem kawałka księżyca!
 Lecz poza tym nic ciekawego już się nie działo, więc udałem się na dalsze zwiedzanie... ;)


Po National Air And Space Museum od razu do autokaru i dalej w drogę...
Teraz jechaliśmy do... no właśnie, gdzie to było...
Ah, no tak! Kapitol ;)


Siedziba Kongresu USA

Było strasznie ciepło! Pragnienie było na tyle silne, że zdesperowany podjąłem chwilową próbę poszukiwania wody... zakończoną porażką.



widok na Obelisk 

XIX wieczny budynek Kapitolu, jak zresztą każde inne miejsce, które chciałoby się zobaczyć "po swojemu" obstawione było przez facetów w czerni, tak więc, Veni Vidi i to tyle, bo na oglądaniu się skończyło :(


Kapitol 2

Doceńcie proszę nieskazitelność kadrów, na której nie ma prawie w ogóle, a jeśli już są, to jednostki ludzi, niepożądanych na zdjęciu, ha! 
Nie powiem, łatwo nie było, aby ok. 30 osobowa grupa turystów nie wchodziła w kadr, ale dałem radę! 
Jak to zrobiłem? 
Szybko ;)


Kapitol 3
O, jeszcze jedno zdjęcie!
Żeby nie było, że mnie tam nie było! :)


z Obeliskiem w tle :P

Po kilku zdjęciach i wysłuchaniu przewodnika, ruszyliśmy dalej... 
To znaczy, do autokaru, rzecz jasna :)

Kierunkiem jaki obraliśmy za następny, było Madame Tussaunds - muzeum figur woskowych.

Madame Tusaunds

Rzecz jasna na początku, kolejka, bilety i te sprawy, ale zaraz po tym, po przekroczeniu progu drzwi wejściowych...

Zaproszony zostałem na pierwszą rozmowę...
Było ok! Przyjazne spojrzenia, uśmiech zrozumienia... lecz musiałem ruszać dalej!
rozmowa 1

 Ale nie każda chwila, była tą wymarzoną...
Bywało mało przyjemnie... w szczególności, kiedy siedzi się przed gościem, którego choć sztuczne, to i tak przeszywające spojrzenie sprawia, że miękniesz, chcesz się poddać... A wszystko przez jeden głupi rachunek ze Starbucks'a.

rozmowa 2

Tutaj z jednym z dwóch towarzyszy musieliśmy wytłumaczyć, jak się tu dostaliśmy...


jak to się nie zgadza !?

Każdy z Nich miał coś do dodania, każdy poważny, jakby nie byli sobą!
A o dziwo, Snickers'ów w muzeum nie było, może dlatego :P

Obserwowali Nas... bezlitosnym wzrokiem...

 Lecz wszystko to miało swój koniec! Tak!
Wystarczyło tylko przemówić, do narodu! Choć w mało reprezentatywnym stroju, jednak zrobiłem to! Za co dostałem flash'em po oczach...


Moje przemówienie!

 Na końcu muzeum dopadli mnie... Ah te całe media... 
Uprzejma Pani sprawiała tak dobre wrażenie zainteresowanej, że nie musiała o nic pytać, a ja sam mówiłem co i jak... Był mikrofon, była kamera, co z resztą widać.
Nic nie miałem na usprawiedliwienie swojego stroju, ale...

mój pierwszy wywiad !


...nie było to przeszkodą, aby na sam koniec pobyty w Madame Tussands, po tylu trudnych chwilach i po męczącym wywiadzie na koniec...
Wręczyli mi OSCARA !

Wręczyli mi nagrodę Oscara !

Tak skończyły się odwiedziny Madame Tussands.
Fajnie tak wejść turystą, a wyjść gwiazdą! : )

Teraz czas na Obelisk, Biały Dom i Muzeum Lincolna !
Na szczęście kolejna podróż autokarem nie trwała długo, co było pocieszające. Chwilka na pożywienie się batonikami z Walmart'a pomagała w przetrwaniu tego upalnego dnia...

Biały Dom

Ta część wycieczki była zdecydowanie leniwa. Bo kurcze, nic w sumie konkretnego się nie działo. Można było podejść, zrobić zdjęcie, chwilę usiąść, porozmawiać z mieszkańcami Washington'u bądź innymi turystami i to wszystko. Zatem zbyt wiele do opisania tu nie mam...


Obelisk
Taaaak daleko miałem do Barack'a.
Oczywiście przełożyłem odwiedziny ;)


Wiedziałem, że muzeum Lincolna to już ostatnia atrakcja dnia. Mieliśmy sporo czasu na... odpoczynek. Ale po czym ? No ok, autokar w sumie był męczący.
To miejsce przypadło mi do gustu. Ogromne schody muzeum pozwalały, aby na chwilę, krótszą bądź dłuższą, jak kto wolał, spocząć w cieniu... coś wypić, przegryźć... odpocząć.


Za mną kolejny cel - muzeum Lincolna

Było tam multum ludzi, na prawdę. I choć nie było problemu, żeby się z nimi dogadać w języku angielskim, za żadne skarby nie chcieli umożliwić mi zrealizowania wymyślonego kadru, egoiści.


Widok na Obelisk z Muzeum Lincolna


A to jedno z moich ulubionych zdjęć z USA ;)
Na koniec postanowiłem spędzić chwilę sam na sam z Lincolnem...
Z Lincolnem problemu nie było. Siedział i czekał na mnie cały czas.
Chwila konwersacji, parę pytań, kilka odpowiedzi.
Nic się nie zmieniło, jest tak, jak było, chłopaku! Powiedział...

Niestety ubolewam nad tym niemiłosiernie, że nie mam zdjęcie z Lincolnem. A wszystko to przez nieogarniętego turystę... 
Ok, próbował... rozumiem. Ale dlaczego akurat moje zdjęcie musiał schrzanić ?! :(

Szukając pocieszenia, postanowiłem podjąć jeszcze jedną próbę,  gdyż nie widziało mi się robić samemu sobie zdjęcia...
Efekty poniżej. Ja jestem zadowolony :)

W Paryżu na Polach Elizejskich nikt mi zdjęcia nie zrobił,
to chociaż w Washingtonie z Obeliskiem mam!

Na koniec tego dnia czekała mnie uczta, stół Szwedzki u Chińczyka :D
Lecz zanim tam dotarliśmy, czekała Nas kolejna podróż autokarem...

Podzielę się z Wami nie tyle wspomnieniem, co koszmarem tej końcówki dnia. Otóż w drodze do autokaru znajdowała się knajpka z napojami i jakimś jedzeniem. A że moje pragnienie nie dawało mi wyboru, udałem się po coś do picia. 
Rzecz jasna, nie obyło się bez stania w kolejce...
Wszystko byłoby piękne, gdyby nie jedna kobieta, która siedziała poza kolejką obok okienka w którym obsługiwano. 
Pewnie zastanawiacie się o co chodzi... Siedzi sobie kobieta, i co z tego...
Otóż to! Ta żółtoskóra, skośnooka kobiecina, kiedy ja wyczekiwałem w kolejce na zakup napoju w ten upalny dzień, uznała, że swoje trzy konkretne łyki Pepsi uwieńczy odrażającym, głośnym na cały ogródek dookoła knajpki...beknięciem!
Wróć!
To nie było jedno, a przynajmniej 4-5 beknięć, nieprzypadkowych...
Dacie wiarę ? Nie dość, że na Chinatown nie chcieli pomagać, to na dodatek nie potrafią się zachować...
Odechciało mi się wszystkiego. Pić jeść, spać, żyć.
Ale wiedziałem, że przede mną kawał drogi i muszę się jakoś wspomóc. Kupiłem coś do picia i zmyłem się stamtąd czym prędzej...

Nie pamiętam ile trwała ta podróż na kolację, lecz podejrzewam, że ok. 1-2 godzin.
15$ i jesz ile chcesz!

I tak też było... nie omieszkałem się nie najeść!


pierwsze danie - ryż, kurczak, pieczarki i parę innych, dobrych rzeczy.
ogólnie dwa dania na jednym talerzu :P

Zjedzenie zajęło mi chwilę, byłem na prawdę głodny. W międzyczasie piłem jakiś napój, który nie był wyjątkowy, bo nie pamiętam nawet smaku...

Lecz na tym się nie skończyło. Jakże mógłbym odmówić spróbowania SUSHI!
Pierwszy raz w życiu jadłem Sushi, na prawdę!
Zmieściłem tylko te 3 skromne, różne kawałeczki, bo obok nich czekała na mnie kawka i lód śmietankowy :D

Sushi

Po kolacji, ledwo dałem radę wejść do autokaru...
Rzecz jasna, pierwsze co zrobiłem, to rozłożyłem siedzenie, a później...
nie pamiętam, ale raczej spałem. 
Bo kto nie spałby bo takiej kolacji... :)

Zachęcam do śledzenia bloga!
Już niebawem ciąg dalszy tej zwariowanej podróży. Ostanie miejsce w Washington D.C. - CMOG - Corning Museum Of Glass!

 A później Niagara Falls i 8 dni w stolicy świata - New York City!

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Yellow cab, Central Park & Times Square - NYC !


 Jak zauważyliście tytuł posta dość jednoznacznie nawiązuje do pewnego miejsca w USA...


Nowy Jork! Położony u wybrzeży Atlantyku w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych. Wielonarodowy tygiel, stolica świata, miejsce w którym nie możesz być wolny.

Różnorodność narodowości ulic Nowego Jorku jest ogromna. Praktycznie rzecz ujmując, spotkasz tam przedstawicieli z każdego zakątka świata, lecz w "wersji" cywilnej. Nie będzie Kenijczyka owiniętego w skórę zwierzęcia, ani Grenlandczyka w stroju eskimosa. 

Zacznę po kolei, od pierwszego miejsca w którym zacząłem, do ostatniego miejsca w którym zakończyłem tę przygodę. Dodam też, że wszystkie zdjęcia, które zrobiłem i które znajdą się w tym wpisie, robione były telefonem, gdyż lustrzanka w pierwszym dniu pobytu w Nowym Jorku, uległa zniszczeniu, a dokładniej szkło :(

Plecak, torba i torba z aparatem. Wszystko ciężkie jak diabli. Lecz nie powstrzymało mnie to, by zaraz po opuszczeniu Penn Station udać się do pobliskiego... Starbucks'a :)

Mocca Cookie Croumble ! <3

Miałem trochę czasu, żeby pospacerować, tak więc udałem się na "krótki" spacer. 
Jak się później okazało, myśląc "krótki" byłem w WIELKIM błędzie.
 
"krótki" spacer

Pieszą wycieczkę zacząłem od Penn Station. W zasadzie, to od Starbucks'a o którym mówiłem wyżej.  Pierwsza myśl - Times Square. Tak ! Tam teraz zmierzam ! No i poszedłem...
I tak sobie szedłem i szedłem... 7th Avenue było bezlitosne. Czekało mnie ok. 16 przecznic do Times Square. Lecz o tym nie wiedziałem. Jedyne, co ze sobą miałem, to trochę dolarów, wszystkie bagaże, telefon, gdzie z WiFi korzystałem w Starbucks'ach i innych miejscach, gdzie "łapało" i mapę NYC sprzed 5lat ;P

 W drodze na Times Square wiele razy zatrzymywałem się, aby chwilę odpocząć i zrobić jakieś zdjęcia, np. takie jak to : 

Cześć ! :)
          
 M&M's Story

JVC, NYPD & początek Times Square

Z Times Square, wciąż podążając 7th Avenue przecinając Broadway udałem się na róg 50th Street i 7th Avenue , po czym spacerując 50th St. dotarłem do Rockefeller Plaza.


Z Rockefeller Plaza poszedłem znów do Starbucks'a, na kawkę i rozmowy przez Skypa.
Teraz już tylko planowałem pójść na róg 43th Street i 6th Avenue, aby zobaczyć...
ICP - International Center of Photography.

ICP - International Center of Photography

Czasu było mało, gdyż musiałem przed nocą dotrzeć do Chinatown, do hotelu Sun Bright Hotel, aby spędzić tam jedną noc. Następnego dnia, czekała mnie 3-dniowa wyprawa... a gdzie ? O tym za chwilę ;)

Do Chinatown jechałem nowojorskim metrem, na początku byłem przerażony, gdyż nie wiedziałem, co gdzie i jak, ale udało się, dotarłem !
Z metro, wieczorową porą poszedłem szukać owego hotelu, tzw. "Chińczyka".

Formalności... Udało mi się nocować "na Krzysia", bez wcześniejszej rezerwacji, lecz przypomniano mi o tym, kiedy płaciłem...


Sun Bright Hotel

Zestaw powitalny :D

"pokój"


kolacja w każdym zakątku NYC i planowanie kolejnych dni :)


Na zakończenie dnia wybrałem się na wieczorny spacer po okolicy...




Chinatown nie jest tak samo niesamowita jak Times Square... Chińczycy nie są uprzejmi, nie chcieli pomagać, kiedy szukałem Hotelu, krążąc w kółko... Nawet nie chcieli rozmawiać. Dlatego też nie poświęcę temu miejscu dłuższego wpisu.

Zapraszam Was do śledzenia bloga, gdyż w najbliższych dniach pojawią się wpisy na temat wyprawy do Washington D.C. , Niagara Falls & 1000 Islands...
A także o 8 niesamowitych dniach spędzonych w Nowym Jorku !

sobota, 5 stycznia 2013

Jak wybrać się do USA, będąc studentem!

Sprawa bardzo prosta, lecz obszerna, tak więc jeśli wygodnie siedzicie, macie co jeść i co pić, zapraszam do lektury ;)Volenti nihil difficile! Tak mogę skwitować swoją podróż do USA trwającą niespełna 3 miesiące.
A wszystko zaczęło się od podróży... Palcem po mapie.

Moja starsza siostra zainspirowała mnie takową podróżą, gdyż sama taką odbyła. Dokładnie w tym samym, wakacyjnym okresie co ja, tylko 5 lat wcześniej. Z niecierpliwością czekałem na Jej powrót, uważnie słuchałem każdego zdania, kiedy dzwoniła do domu, raz na jakiś czas, a maile czytałem wielokrotnie. 


Chwila na uporządkowanie myśli, bo byłem bliski rozpoczęcia opisania historii podróży do USA, lecz tej, którą odbyła moja siostra ;P

Zainspirowany podróżą, wziąłem się za jej planowanie. A trochę do zrobienia było. 

Wyleciałem tam, jako uczestnik programu work & travel organizacji Camp America.
Wszelkie informacje, dotyczące wymogów takiej podróży, znajdziecie na stronie www.campamerica.pl. Możecie też skierować pytania do mnie, za pośrednictwem maila :)

Papierkowej roboty trochę jest, lecz nie ma co się zrażać, bowiem jest o co walczyć!
Musicie mieć ważny paszport, zaświadczenie o niekaralności, a także dwie referencje w języku angielskim, np. od nauczycieli :D

Lecz zanim zajmiecie się papierkową robotą, elementem OBOWIĄZKOWYM każdego kandydata, jest wypełnienie aplikacji on-line, która znajduje się na podanej wyżej stronie, jak i dokonanie opłaty ratalnej. Takowa aplikacja składa się z serii pytań, ankiet itp. rzeczy. Wiedzcie też, że aplikacja jest w języku angielskim. Warto przysiąść i poświęcić jej trochę czasu, gdyż ma to swoje zalety. Jakie ?

Otóż jakość Twojej aplikacji, ma wpływ na szansę znalezienia dla Ciebie miejsca pracy. Im ciekawsza jest Twoja aplikacja, tym większe są Twoje szanse na wyjazd do USA!
Ważnym jest, aby sprecyzować sobie datę dostępności jak i przewidywaną datę powrotu, gdyż jest to konieczne do spraw dotyczących biletów, jak i musi być ustalone przed wizytą w Ambasadzie.


W trakcie pisania aplikacji, dowiecie się o spotkaniu z konsultantem, który powinien służyć Wam pomocą, w dążeniu do stworzenia aplikacji idealnej, jak i być skarbnicą odpowiedzi na nurtujące Was pytania :)


Spotkania z konsultantem uwieńczone są rozmową "interview", mającą na celu ocenienie Waszego poziomu "władania" językiem angielskim. 


Po zatwierdzeniu aplikacji i znalezieniu miejsca zatrudnienia, czeka Was wizyta w Ambasadzie USA. Od tej rozmowy, zależy Wasza podróżnicza przyszłość, bowiem bez wizy, możecie obrać inne miejsce na podróż, nie USA. Pracownik Ambasady zapyta Was o miejsce pracy, co będziecie tam robić, na ile lecicie i, np. co studiujecie, czy macie rodzinę w USA ;) Rozmowa także w j. angielskim.

 Ogólnie rzecz ujmując, fajne doświadczenie, zobaczycie :)

Wizyta w Ambasadzie, nie powinna Was stresować, gdyż od razu dostaniecie odpowiedź dotyczącą wizy. Mianowicie, jeśli pracownik Ambasady odda Wam paszport, no to kiepsko, bo już do niego wizy nie wklei, a tam jest jej miejsce... Jeśli Wam podziękuję, uśmiechnie się i powie, "Okay, I don't have more questions. Thank You ! :)" Skaczcie z radości, bo nie odda Wam paszportu, tylko przekaże go dalej !
Lecz z okazywaniem radości bądźcie ostrożni. Wszędzie są kamery, no i w końcu to dość poważne miejsce ;)

Jak wiecie, nie wnosimy opłaty za wizę, lecz za rozpatrzenie wniosku wizowego. Spotkałem się z przypadkiem, w którym dziewczyna była tak zestresowana, że nie potrafiła odpowiedzieć na najprostsze pytania, które zadawano jej podczas rozmowy w Ambasadzie. Wówczas dostała "drugi termin", co wiąże się z wniesieniem kolejnej opłaty...


Ja dopiąłem swego, spędziłem świetne 3 miesiące w USA, Wy też możecie !

Bierzcie się do roboty, niech Wasze aplikacje będę najlepsze !
W razie pytań, piszcie śmiało na maila, pomogę;)

Just do it!


Czaso-umilacz, czy czaso-zabijacz?

Zawsze znajdzie się dobry powód by się do niej dobrać, by ją oglądać... W dzień, w nocy, przed pracą, po szkole. Telewizję, rzecz jasna.

Osobiście postrzegam to, jako zło. Nasz związek, mój i telewizji, zakończył się ponad rok temu. Nie mamy ze sobą już nic wspólnego, ja trochę znam ją, a ona mnie. Lecz nie spędzamy ze sobą czasu...


Ilekroć tak jest, że wracając ze szkoły, po obiedzie zdarzy Wam się rozłożyć na kanapie i oglądać telewizję ? Albo jakieś filmy w piątkowe wieczory ? Nie daj Boże, seriale. Odcinek, za odcinkiem, sezon za sezonem... 


Czy zastanawialiście się, jakie to jest czasochłonne w skali np. tygodnia ?

Zobaczcie co można by z tym czasem zrobić, w jaki sposób go spożytkować. Spacer, książka, spotkanie z przyjaciółmi, fotografia, śpiewanie, tańczenie, malowanie, gry planszowe, zajęcia dodatkowe... Z tego się nie wyrasta, O TYM SIĘ ZAPOMINA ! Te czynności odchodzą w niepamięć, bo wymagają od Nas minimalnego nakładu pracy. Bo na spacer trzeba się ubrać, bo książkę trzeba wybrać, bo na zajęcia trzeba się zapisać. A telewizja ? Piwko, pilocik i na kanapie telewizyjny odlocik.
Tak to jest...  A jak spędzacie święta z rodziną  ? Wspólnie oglądacie filmy w TV, popularnego Kevina, czy może chodzicie na spacery, gracie w gry planszowe, albo robicie coś twórczego ? 

Myślę, że telewizja prowadzi Nas ku złemu. Wiadomym jest, że brak internetu, a posiadanie kablówki przyczynią się do oglądania programów informacyjnych tj. Fakty, TeleExpress itp. To rozumiem, każdy z Nas chce wiedzieć, co na tej wielkiej, światowej scenie kabaretowej się dzieje. Bo przecież jesteśmy jej częścią...



Czy nie wydaje Wam się, że telewizja Nas odmóżdża ? Że Nasze mózgi zmieniają się w gąbkę, która pochłania całą tą manipulację ?  Nasze mózgi maleją, pochłaniają coraz to gorsze bzdury, dajemy owinąć się wokół palca. A później, jak będzie potrzeba wsparcia, to polecimy jak fanatycy na wezwanie rządu, mediów, i innych organizacji, które fundują Nam pranie mózgu, i to za Nasze pieniądze.


Chciałbym też zwrócić uwagę na to, iż moja wypowiedź nie ma na celu uznania ludzi, który poświęcają swój bezpowrotnie płynący czas telewizji, za złych, niemądrych tudzież gorszych. Pragnę jedynie przedstawić swój punkt postrzegania danego tematu.



Na koniec przytoczę Wam fragment czytanej obecnie przeze mnie książki Zafon'a "Cień wiatru"  :


"(...) Na jednej z wystaw zobaczyłem reklamę Philipsa, zapowiadającą przybycie nowego mesjasza, telewizji o której mówiono, że zmieni nasze życie, a nas przemieni w istoty przyszłości, jak Amerykanów. Ferin Romero de Toreres, zawsze na bieżąco z wszystkimi wynalazkami, już wieszczył i krakał :

- Telewizja, mój kolego, to antychryst i ośmielam się twierdzić, że wystarczą trzy lub cztery pokolenia, a ludzie nie będą wiedzieć jak się samemu bąka puszcza, człowiek wróci do jaskiń, do średniowiecznego barbarzyństwa i do stanu zidiocenia, z którego pierwotniak pantofelek wyrósł już w okresie plejstocenu. Ten świat nie zginie od bomby atomowej, jak prorokują gazety, ale umrze ze śmiechu, ze strywializowania, z obracania wszystkiego w żart, na domiar złego w kiepski żart."

piątek, 4 stycznia 2013

Słowem, o słowach. Dosłownie. ;)

Jak zdążyliście zauważyć, post o dość słownym tytule, dotyczyć będzie... Chyba wiecie ;)

Czy możemy powiedzieć coś o słowie ?

Możemy powiedzieć. Bardzo wiele... Mianowicie, możemy powiedzieć, że jest częścią mowy,
że słowo pisane, to inaczej wyraz, albo, że słowo jest znakiem języka.

Każdy z Nas wie czym są, do czego służą i jak się nimi posługiwać. Każdy z Nas posiada ich więcej, lub mniej, co odbija się na jakości przekazywanych przez Nas komunikatów słownych, bądź pisemnych. Czasem wypowiadamy się o rzeczach prostych, w sposób skomplikowany, a o rzeczach skomplikowanych w sposób prosty. Nasz język może być kwiecistym, kunsztownym, jak i obolałym, poranionym.

Prostym przepisem na zwiększanie zasobu tejże niezmiernie niebezpiecznej, jak i zarazem prostej "broni", jest czytanie...

Dlaczego pozwoliłem sobie nazwać słowa "bronią" ? Wyjaśniam...
Pozwoliłem sobie na to, gdyż tak właśnie je postrzegam. Mają one dla mnie ogromne znaczenie, jak i siłę rażenia jednocześnie.

Wypowiedzią, zdaniem, splotem słów, bądź złożoną kombinacją liter, jak kto woli, możemy zranić drugiego człowieka, możemy go pocieszyć, a także wprowadzić w stan zamyślenia.


Zastanówcie się nad tym przykładem...
Jeśli ktoś Nas kopnie, będzie siniak. Poboli, zmieni kolory, zniknie, zapomnimy.
(Chyba, że dojdzie do złamania... ;P )
A kiedy cierpimy z jakiegoś powodu, mamy z czymś problem, bądź kompleksy i ktoś powie Nam coś, czego słyszeć nie chcielibyśmy...

Pytanie brzmi, czy zdajemy sobie sprawę, jaką moc mają słowa ? Jak potężną bronią władamy każdego dnia, praktycznie bez przerwy ?

Czasem bywa tak, że "rzucimy" coś nieświadomie, a czasem mówimy źle z premedytacją, od tak.

Jakby nie spojrzeć, słowa to nieodzowny element Naszego życia, który wiele znaczy dla innych.

Decyzja o posiadanym zasobie słownictwa, jest dobrowolna, więc nie ośmielam się nakłaniać Was do poszerzania zasobów słownictwa, byśmy komunikowali się, wypowiadali, brzmieli jak fascynaci słownego kunsztu i wyniosłości. I choć wypowiedzi me, dalekie są od tego poziomu, wciąż nad tym pracuję :)